Bydgoszcz 6 wrz 08:48 | Redaktor
Bezduszność służb, czyli opowieść o pewnej interwencji

Ta historia pokazuje ignorancję służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo bydgoszczan. Opowiedział ją Mariusz Ręgiel, miłośnik Bydgoszczy, społecznik, laureat wyróżnienia Bydgoskie Debiuty 2019.

W czwartek (5 września) Mariusz Ręgiel wracał z zebrania Komitetu ds. Obchodów 160-lecia Gazowni Bydgoskiej. Jako wieloletni pracownik tej firmy bierze udział w przygotowaniach jubileuszu.

„Przechodziłem przez rondo Toruńskie, a następnie szedłem dalej ulicą Władysława Bełzy i ku mojemu przerażeniu dostrzegłem, jak w chodniku biegnącym przy przedszkolu „Bursztynek” (ul. Bełzy 2) zarwał się chodnik” – relacjonuje Ręgiel.

Według jego opisu „przy skraju studzienki telekomunikacyjnej utworzyła się wyrwa o głębokość ok. dwóch metrów”. Miała taką średnicę, że „cała noga dorosłego człowieka, aż po pośladki się w niej mieściła”.

Mariusz Ręgiel zareagował. „Niezwłocznie zatrzymałem się przy tej dziurze, jako takie żywe oznakowanie niebezpiecznego miejsca” – pisze w poście na Facebooku. „Tym chodnikiem co jakiś czas przemieszczał się potok ludzi, przesiadających się z autobusów zastępczych kursujących za tramwaje, by udać się na przystanek tramwajowy przy rondzie Toruńskim, a także opiekunowie odbierający dzieci z przedszkola”.

Dwa raz Ręgiel w ostatniej chwili zapobiegł wypadkowi. „Dwoje dzieci odciągnąłem spod samej wyrwy, ratując ich zdrowie – relacjonuje. „Jedno z dzieci było pod opieką mamy, która zresztą prowadziła trójkę pociech, a drugie dziecko było pod opieką dziadka”.

Dalej pisze: „Powiadomiłem Miejskie Centrum Zarządzania Kryzysowego o grożącym niebezpieczeństwie. Dyspozytor przyjął ode mnie zgłoszenie informując, że przekazuje je do ZDMiKP i mam czekać na miejscu na ich przyjazd. Po około 20-30 minutach i braku jakiejkolwiek reakcji ponownie skontaktowałem się z dyspozytorem MCZK”.

Poinformował, że „ciągle stoi w tym samym miejscu, a ekipy drogowców wciąż nie ma”. Otrzymał od dyspozytora polecenie pozostania w miejscu.

Okazało się, że ekipa drogowców najwcześniej może zjawić się na miejscu awarii za około 1,5 do 2 godzin. „Dyspozytor oznajmił, że w takim razie powiadamia Straż Miejską, by podjechali i wygrodzili taśmą niebezpieczne miejsce i mam do tego czasu tam pozostać" – opowiada Ręgiel. „Minęło kolejne 30 minut, a SM nie ma. Ponownie dzwonię do dyspozytora MCZK i informuję go, że w dalszym ciągu »kwitnę« przy dziurze i bardzo proszę o ponaglenie Straży Miejskiej”.

Akcja miała ciąg dalszy. Dyspozytor z MCZK obiecał, że ponownie skontaktuje ze Strażą Miejską.

Ręgiel relacjonuje dalej: „Po około pięciu minutach oddzwonił do mnie i poinformował, że odbył nieprzyjemną rozmowę z dyspozytorem Straży Miejskiej i otrzymał od niego informację, że patrole mają w tym momencie inne interwencje i nie są w stanie podjechać na ulicę Władysława Bełzy. Poprosił mnie także o to, abym ja z tego miejsca zadzwonił bezpośrednio do SM, bo on już jest bezradny wobec ich postawy”.

„Zadzwoniłem więc osobiście na numer alarmowy” – pisze Ręgiel. „Odbyłem równie nieprzyjemną rozmowę z dyspozytorem Straży Miejskiej, który mnie strofował, że to nie jest jedyne zgłoszenie, a zgłoszenia są realizowane według kolejności i jak będzie miał wolny patrol, to go w to miejsce podeśle”.

Regiel z żalem wyznaje: „Nie pomogły moje tłumaczenia, że w tym miejscu istnieje realne zagrożenie dla zdrowia i życia”. Na koniec usłyszał, że „niepotrzebnie tam stoi, bo zgłoszenie zostało przyjęte i może sobie pójść”.

„Te słowa były dla mnie szokiem” – pisze Ręgiel. Świadomość, że istnieje zagrożenie dla zdrowia ludzi nie pozwoliła mu się oddalić.

„Po około dwóch godzinach od mojej pierwszej telefonicznej interwencji pojawił się patrol Straży Miejskiej – relacjonuje Ręiel. „Trzeba było zobaczyć minę funkcjonariuszy na widok tej dziury. Pojawiło się na ich twarzach przerażenie, że nie doszło jeszcze do jakiejś tragedii w tym miejscu. Funkcjonariusze niezwłocznie przystąpili do wygradzania taśmą tego niebezpiecznego miejsca”.

Wtedy też pojawiła się ekipa drogowców z ZDMiKP i przejęła zabezpieczanie terenu. Funkcjonariusze Straży Miejskiej sporządzili notatkę ze zdarzenia. „A ja po dwóch godzinach mogłem ze spokojem udać się do domu – kończy relację Mariusz Ręgiel.

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor