Felietony 6 maj 2019 | Redaktor

Przyznam, że głośne wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, redaktora naczelnego „Liberté!”, które stało się swoistym supportem do wystąpienia Donalda Tuska, nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Znam argumenty ateistów, więc to, co mówił Jażdżewski, stanowiło dla mnie nihil novi sub sole. Także forma wystąpienia, szczekliwa i napastliwa, kompletnie mnie nie zaskoczyła. Taka licentia poetica.

      

Maciej Eckardt

publicytsta

Zaskoczył mnie jedynie fakt, że w maliny dał się wpuścić stary wyleniały lis Donald Tusk, który zabierając głos po Jażdżewskim, musiał udawać, że puszczenie antyklerykalnego bąka nie zepsuło w sali powietrza. Stary lis, który z niejednego kurnika kury wygarniał, jak lisie szczenię, dał sobie ukraść show, stając się przy okazji promotorem politycznym niszowego środowiska, od lat szukającego dla siebie możliwości zaistnienia w świetle jupiterów. Udało się jak nigdy.

To, co się wydarzyło w miniony piątek w Auditorium Maximum UW, pokazało, w jakim miejscu znalazła się Platforma Obywatelska. Walcząc o odebranie Jarosławowi Kaczyńskiemu władzy, sięgnęła po oręż atestów – walkę z Kościołem. Wprawdzie nie znajdziemy tego wątku w jej programie (postulat świeckości państwa nie jest walką z Kościołem), to jednak polityczny flirt z obsesjonatami pokroju niesławnej pamięci Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli, czyni Platformę odpowiedzialną za kruszenie ładu cywilizacyjnego, który stanowi o istocie Polski, zarówno w sensie historycznym, społecznym, jak i mentalnym.

I choć Kościół katolicki, a właściwie jego niektórzy przedstawiciele, stanowią w ostatnim czasie dla katolików świeckich przyczynę sporego dyskomfortu, choć zdarza się, wcale nierzadko, że po wypowiedziach niektórych duchownych nie wiadomo, gdzie wzrok kierować, to jednak dla milionów Polek i Polaków, przez wzgląd na ich wiarę, tradycję oraz szacunek dla przodków, szydzenie, plucie czy urządzanie „dzikiej jazdy” na Kościół, jest czymś, co budzi niesmak i sprzeciw.

Znam wielu członków Platformy Obywatelskiej. Są wśród nich ludzie wierzący, dla których wiara, to nie jest pusty rytuał. Kiedyś pełni animuszu, witalności, dzisiaj wyraźnie ucichli. Milczą, choć nie powinni. Patrzą, jak ich formacja robi miejsce tym, którzy w otępieńczym marszu niszczenia ładu i tradycji, dmą na jej (ich) rachunek w lewacki róg, zwołując z różnych zamtuzów i lupanarów amatorów ideologicznej młócki, która będzie wyniszczająca dla wszystkich, ale głównie dla Platformy.

W imię postulatu odsunięcia PiS od władzy, skądinąd zrozumiałego, Platforma Obywatelska nie proponuje dzisiaj niczego pozytywnego. Nie wskazuje, co na zgliszczach PiS-u ma tak naprawdę powstać. Jej program nie jest projektem pozytywnym, lecz reaktywnym. To zapewne sprawiło, że sięgnęła po arsenał, który jest brudnym arsenałem. Owszem, posiada on określoną siłę rażenia, ale skutki jego użycia generują toksyczny osad, który na długie lata skaża przestrzeń społeczną.

Wypuszczony przez Platformę antyklerykalny dżin nie da się już zagnać do butelki. Nawet, jeśli będzie chciała to zrobić Platforma. Atak na Kościół, jaki miał miejsce przed wystąpieniem Donalda Tuska, a więc w momencie, kiedy oczy świata polityki i mediów były skierowane na niego, nolens volens posadowił PO w roli żyranta tego ataku. To oczywiście doskonała wiadomość dla Prawa i Sprawiedliwości, które z pewnością takiego daru niebios nie zaprzepaści. Po deklaracji LGBT, wściekły atak na Kościół, to wymarzony scenariusz dla Jarosława Kaczyńskiego.

Przekaz po mitingu na UW jest prosty: PO=antyklerykalizm=ateizm. To, co powiedział w swoim wystąpieniu Tusk, nie będzie miało wielkiego znaczenia. Zginie w szumie informacyjnym. Nie przykryją tego lizusowskie zachwyty nad wykładem, który – przynajmniej w moim odczuciu – rozczarował. Te wszystkie achy i ochy, ta ociekająca lukrem egzegeza, dostrzegająca wielkość w oczywistościach, wszystko to i tak zniknie, w obliczu kontekstu tego, co tak naprawdę się wydarzyło.

Wykład Tuska spalił na panewce. Zamiast przełomu, wytyczenia kierunku, dodania animuszu i pokazania, kto dzierży „rząd dusz” w Polsce, pozostał niesmak. Także wśród liderów PO, którzy starają się gorączkowo minimalizować ewidentne straty wizerunkowe, jakie powstały. Wygranymi są ci, którzy od dawna przebierali nogami, by dopaść do gardła polskiej tradycji – toksyczni ateiści. Wygranym jest również Jarosław Kaczyński. Słyszę, jak właśnie mówi do Brudzińskiego: Patrz Achim, cnotę stracili, a nawet rubelka nie zarobili.

Ale, czy da się stracić coś, czego się nie miało? Pal licho jednak cnotę, taka w polityce nie występuje. No, ale żeby aż tak stracić rozum?

(tytuł od redakcji)

 

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor