Felietony 18 maj 10:41 | Redaktor

Jak czytać najnowszą powieść Michela Houellebecq’a „Serotonina”? Jako literaturę nurtu chłopskiego na przykład, bo sporą część powieści zajmuje historia buntu hodowców krów rasy normandzkiej, wykańczanych przez unijne kwoty mleczne.

   

Jarosław Jakubowski

pisarz, poeta, dziennikarz

Główny bohater powieści, Florent-Claude Labrousse odwiedza swojego przyjaciela ze studiów Aymerica d’Harcourt, potomka arystokratycznego rodu i hodowcę tychże krów. Zawiązuje się właśnie konfederacja rolników, którzy zamierzają siłowo zmierzyć się z bezduszną machiną państwa. Podczas konfrontacji chłopów z oddziałem specjalnym na normandzkiej autostradzie, Aymeric strzela sobie w łeb, co zostaje uznane za symbol rozpaczy i buntu. A przecież nieszczęśnik cierpiał nie tyle z powodu nieopłacalności produkcji mleka, ile przez żonę, która odeszła ze „słynnym pianistą”. Tu dochodzimy do drugiej możliwości odczytania „Serotoniny”, mianowicie jako współczesnej powieści sentymentalnej, w której kobieta jest jedynym i niezastępowalnym źródłem wielkiej miłości i jeszcze większego cierpienia.

Florenta-Claude’a poznajemy w momencie, gdy ma 46 lat, jest dobrze sytuowanym przedstawicielem klasy „wyższej średniej” i jak twierdzi, jego życie „kończy się w smutku i cierpieniu”, a przy podstawowych czynnościach życiowych oraz minimalnej aktywności społecznej utrzymuje go codzienna dawka captoriksu, antydepresantu który wyzwala w organizmie serotoninę, hormon odpowiedzialny za odczucie przyjemności. Skutkiem ubocznym działania tego leku jest całkowity zanik libido, co Florent-Claude przyjmuje z właściwą sobie stoicką rezygnacją. Postanawia urządzić „pożegnanie z libido”, a pożegnanie to przybiera postać podróży w przeszłość i podróży po Francji. Fragmenty powieści, w których przywoływane są kobiety życia bohatera, należą do najpiękniejszych, tchną naturalnym liryzmem i przeczą obiegowej opinii, jakoby Houellebecq był dyżurnym nihilistą naszych czasów.

Bohaterowi nie wystarcza rozpamiętywanie lat spędzonych z Camille, Claire i Kate (wymieniam w kolejności wartościującej, nie chronologicznej), on musi jeszcze raz zobaczyć miejsca, w których czuł się szczęśliwy. Likwiduje swoje życie w Paryżu i staje się rezydentem hoteli. Przez pewien czas zatrzymuje się w bungalowie u Aymerica, aby być w pobliżu miejsca zamieszkania Camille, która ma teraz czteroletniego synka. Pomysł pisarza, aby bohater zastrzelił dziecko, aby w ten sposób móc odzyskać kobietę na wyłączność, wydaje się szokujący, ale… co z tego wyniknęło, czytelnik powinien sprawdzić sam. Ostatecznie Florent-Claude osiada z powrotem w paryskiej metropolii, w wieżowcu, skąd rozciąga się „niepotrzebnie rozległy widok na południowe przedmieścia Paryża”, obkleja mieszkanie trzema tysiącami zdjęć, na których są on i kobiety jego życia, snuje techniczne rozważania co do samobójczego skoku z okna. Psychiatra nazwiskiem Azote diagnozuje, że pacjent najzwyczajniej umiera ze smutku. (Swoją drogą ciekawy paradoks, azot to sam w sobie śmiertelnie trujący pierwiastek będący najważniejszym składnikiem powietrza). Doktor sugeruje, aby mężczyzna skorzystał z usług „escort girls”, jednak wobec braku erekcji Florent-Claude porzuca ten projekt i w sposób jak najbardziej dosłowny żegna się ze światem.

Ale byłaby „Serotonina” jeszcze jedną opowiastką o kryzysie wieku średniego, gdyby nie silnie obecny w niej wątek upadku cywilizacji zachodniej. Powie ktoś, że to nic nowego u Houellebecq’a, przecież już w jego pierwszej powieści „Poszerzenie pola walki”, wydanej w 1994 roku, obecna jest krytyka zdobyczy 1968 roku, czyli wolności seksualnej, skutkującej niemożnością znalezienia partnera przez całą masę ludzi. W drugiej powieści, „Cząstki elementarne” z roku 1998, pisarz rozwija ten wątek – skutkiem wyzwolenia seksualnego jest trauma dzieci, pozbawionych opieki „wyzwolonych” rodziców. Akt oskarżenia Zachodu rozbudowuje właściwie każda kolejna książka Houellebecq’a.

„Serotonina” jawi się na tym tle jako najbardziej radykalna z powieści Francuza. Tu właściwie nie ma już żadnej nadziei dla Europy. Jedynym pozytywnym aspektem nowoczesności jest w ujęciu pisarza postęp techniczny, który czyni ludzkie życie na ziemi bardziej znośnym, szczęśliwszym, o ile nie jest wykorzystywany przeciwko człowiekowi. W „Serotoninie” znajdziemy liczne przykłady czułości, jakimi bohater obdarza swój samochód i inne urządzenia, a także rozwiązania techniczne. Nauki ścisłe, pozbawione pierwiastka emocjonalnego, wydają mu się najuczciwszą formą ludzkiej aktywności. Poza tym jest źle, bardzo, bardzo źle.

Unia niszczy całe klasy społeczne, co zostało pokazane na przykładzie francuskich rolników, których wedle wskaźników jest o wiele za dużo. Muszą zatem zniknąć w imię globalnych przemian, na które nawet silne i bogate państwo nie ma najmniejszego wpływu. Elity europejskie są żałosne w swoim konformizmie. Bohater powieści przesiadując w hotelowych pokojach całymi godzinami ogląda telewizję. Przez pewien czas wytrzymuje, potem wyłącza fonię, a patrzenie na ruchome kukiełki uspokaja go. Nie na długo. Przerzuca się na programy kulinarne, ale i te go nudzą, w końcu usiłuje zainteresować się tematyką społeczną – na nic. „(…) niesłychany konformizm uczestników, irytująca monotonia przyczyn ich oburzenia i entuzjazmu sprawiały, że potrafiłem przewidzieć nie tylko ogólny ton, ale i treść ich wypowiedzi niemal co do słowa, znani felietoniści i celebryci zasiadali w studiu jeden po drugim jak zbędne europejskie marionetki, jedni kretyni za drugimi, gratulując sobie wzajemnie celności i poziomu moralnego swoich punktów widzenia, sam mogłem układać ich dialogi, w końcu definitywnie wyłączyłem telewizor, wszystko to jeszcze bardziej by mnie zasmucało, nawet gdybym miał siłę dalej ich słuchać”.

W „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna, którą bohater uważa za „książkę żałobną” nie znajduje ocalenia, a wyłącznie potwierdzenie swoich przeczuć – to zwierzęce pożądanie, prymarna chuć bierze górę nad najwznioślejszymi nawet wykwitami ludzkiego intelektu, ducha i kultury. Zakończenie „Czarodziejskiej góry” to przecież zniknięcie Hansa Castorpa w okopach wielkiej wojny, będącej erupcją najkrwawszych instynktów. „(…) pogrążenie się w tysiąc dziewięćset czternastym roku w wojnie również absurdalnej co morderczej dwóch najbardziej rozwiniętych cywilizacji (niemieckiej i francuskiej – przyp. JJ) nie tylko wskazywało na bankructwo wszelkiej myśli o kulturze europejskiej; ostateczne zwycięstwo zwierzęcego pożądania wskazywało na  d e f i n i t y w n y (podkr. JJ) kres wszelkiej cywilizacji i wszelkiej kultury. Dowolna młoda laska mogłaby doprowadzić Tomasza Manna do  o b ł ę d n e g o  w z w o d u (podkr. MH); Rihanna mogłaby  z a w r ó c i ć  w  g ł o w i e (podkr. MH) Marcelowi Proustowi; inaczej mówiąc, ci dwaj autorzy, ukoronowanie niemieckiej i francuskiej literatury, nie byli ludźmi honoru, a chcąc odetchnąć zdrowszym i czystszym powietrzem, trzeba by się cofnąć znacznie wcześniej, zapewne do początku dziewiętnastego wieku, do czasu narodzin romantyzmu”.

Tyle że – dochodzi do wniosku Florent-Claude - to „zdrowsze i czystsze powietrze” nie było wcale takie zdrowe i takie czyste, bo i wówczas również, nawet jeśli w imię czystego liryzmu, chuć brała górę.

W obszernych ustępach eseistycznych najnowszej powieści Hohellebecq, zarysowawszy swój wstręt do obecnych czasów, idzie dalej. Pozbawia swojego bohatera zdolności do osiągania satysfakcji seksualnej, ostatniej cumy łączącej go ze światem żywych (trupów?). Wówczas można zwrócić się albo do chrześcijańskiego Boga, albo w stronę nicości. Jak się wydaje, trzeciej drogi nie ma. Houellebecq nie byłby jednak sobą, gdyby sprawy nie skomplikował, bo jego bohater wybierając chrześcijańskiego Boga, decyduje się na skok w nicość. Czyżby zerwanie z Nietzsche’m, zwrot w stronę Kierkegaarda?

Faktem jest, że autor „Uległości” opisuje rzeczywistość postchrześcijańską, wypełnioną bólem fantomowym po wypędzonym i zabitym Bogu. Jeśli jednak w „Uległości” właśnie ukazuje niemożność powrotu do chrześcijaństwa/katolicyzmu, o tyle „Serotonina” każe poddać w wątpliwość wcześniejszą kategoryczną odmowę. Zakończenie powieści w moim odczytaniu jest jawnym aktem wiary, wiary człowieka zrozpaczonego, ale który w Chrystusie odnajduje punkt odniesienia dla swojej życiowej klęski. Dziwi mnie tylko, że w znanych mi dotychczasowych omówieniach „Serotoniny” ten aspekt został pominięty. To wskazywałoby na celność diagnozy pisarza dotyczącej europejskich, w tym polskich, elit.

Jarosław Jakubowski

Michel Houellebecq, Serotonina, tłum. Beata Geppert, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019, ss. 334

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor