Komentarze 8 paź 11:40 | Redaktor

Realizacja tegorocznego IX Festiwalu Widzących Duszą „Muzyka otwiera oczy” stała pod wielkim znakiem zapytania. Pomogła dopiero bezpośrednia interwencja wicepremiera Piotra Glińskiego. Nie sądzę, aby czekanie na cud w postaci nadzwyczajnej interwencji było sposobem na normalne funkcjonowanie kulturze. Mimo tych zastrzeżeń bardzo cieszę się, że mogę Was wszystkich zaprosić na nasz festiwal.

Grzegorz Dudziński

prezes Fundacji Światłownia

IX Festiwal widzących duszą „Muzyka otwiera oczy” zaczyna się w sobotę 12 października o godz. 16.00 w bydgoskiej Światłowni przy ulicy Świętej Trójcy 15. Otwieramy go częścią konkursową, na którą przyjadą niewidomi i niedowidzący artyści z całej Polski. W tym roku motywem przewodnim festiwalu są pieśni Wojciecha Młynarskiego i to je będą śpiewać wykonawcy. Pod wieczór usłyszymy recital ubiegłorocznej laureatki, Mileny Wiśniewskiej z Gdańska. Festiwal poprowadzą Wojciech Sobociński i Krystyna Lewicka-Ritter.

W sobotę widzowie będą mogli zagłosować na swoich ulubieńców, którym przyznają nagrodę publiczności. Wtedy też obradować będzie jury, które przeznacza swoje nagrody. Łączna pula nagród to 12 000 złotych. W niedzielę spotkamy się o godz. 16.00 w Sali Manru bydgoskiej Opery Nova. Tam wystąpią najlepsi z najlepszych, czyli tegoroczni laureaci. Po nich zaśpiewa gwiazda festiwalu – Piotr Machalica z zespołem. Wszystko odbędzie się w klimacie utworów genialnego barda, Wojciecha Młynarskiego. Na koncerty w operze obowiązują zaproszenia, po które można zgłaszać się do Światłowni, lub odebrać je przy wejściu do opery.

Festiwal Widzących Duszą nie jest kolejnym festiwalem osób niepełnosprawnych. Profesjonalne jury zwraca uwagę na artystyczny poziom wykonywanych utworów. Wyznajemy zasadę, że artystą się jest lub nie i nie zależy to od stanu zdrowia. To, że zapraszamy na festiwal niewidomych i niedowidzących artystów wynika z dwóch kwestii: po pierwsze – w tym środowisku jest naprawdę bardzo wiele talentów, istnych perełek. Po drugie – ja sam, jako szef tego zamieszania, też jestem niewidomy i znam problemy związane z występowaniem niewidomych na scenie. Taki festiwal ma pomóc w usunięciu pewnych drobiazgów. Myślę tu o prawidłowej odległości od mikrofonu, o swobodnym poruszaniu się na scenie, wreszcie o przełamaniu lęku przed śpiewaniem dla publiczności, której się nie widzi.

Kilka lat temu na nasz festiwal przyjechała niewidoma dziewczyna z południa Polski. Jej rodzice bali się, że nie wystąpi. Od roku cierpiała na poważną depresję związaną z utratą wzroku. A ona śmiało wskoczyła na scenę i jeszcze została laureatką naszego festiwalu! Po imprezie podeszli do mnie jej rodzice. Za łzami w oczach powiedzieli: córka do nas wróciła, dziękujemy. To najwspanialsza laurka dla Festiwalu Widzących Duszą.

Od wielu lat podstawę festiwalowego budżetu stanowiły środki z Ministerstwa Dziedzictwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W tym roku nasz wniosek został odrzucony. Złożyliśmy odwołanie, które eksperci ministerstwa również ocenili negatywnie. W przypadkach odmowy nie ma czegoś takiego, jak uzasadnienie. Można przejrzeć tylko liczbę przyznanych punktów. W praktyce taka ocena jest z natury rzeczy subiektywną. Jeden woli jazz, inny disco polo. Nie odważyłbym się autorytatywnie stwierdzać, która z tych dwóch osób ma rację, który rodzaj muzyki jest lepszy.

Nie poddaliśmy się. Ogłosiliśmy w Internecie zrzutkę na festiwal. Internauci wpłacili nam blisko 4000 złotych. Doceniając ten wkład, postanowiliśmy, że w tym roku publiczność będzie przyznawać swoją nagrodę, właśnie w wysokości 4000 złotych. W końcu zdecydowałem się na coś zupełnie irracjonalnego, czego nie przewiduje żaden przepis. Napisałem list bezpośrednio do pana premiera Piotra Glińskiego. Przekonywałem w nim, że bardzo łatwo jest coś zburzyć, trudniej budować. My przez dziewięć lat budowaliśmy markę naszego festiwalu i widzimy jego efekty. Wysyłając ten list, nie wierzyłem w powodzenie tego kroku. Przecież takich pism pan wicepremier dostaje cały stos! Zresztą – czy to pismo w ogóle do niego dotrze, czy utknie gdzieś w biurokratycznej machinie? A jednak! W lipcu ministerstwo potwierdziło, że pokryje większość festiwalowych wydatków. Naprawdę, olbrzymi kamień spadł mi z serca.

Czy w taki sposób można normalnie funkcjonować w kulturze? Przygotowania do imprezy o randze festiwalu ruszają z wyprzedzeniem co najmniej rocznym. Trzeba podpisać umowę z artystami festiwalowymi, zaklepać salę, załatwić nagłośnienie, rozpocząć promocję imprezy. Te wszystkie działania są związane z ponoszeniem kosztów. Czy można podpisywać umowy, nie mając gwarancji co do dopięcia imprezowego budżetu? W Polsce, niestety, jest to jedyny sposób na funkcjonowanie tego typu imprez.

Głównym mecenasem kultury i sztuki pozostaje państwo. Imprezy takie jak nasz festiwal zdobywają środki na konkursach miejskich, marszałka czy ministerialnych. W sytuacji każdego konkursu ocena działań kulturalnych pozostaje rzeczą niezwykle subiektywną. To gust i upodobania ekspertów decydują o losach danego przedsięwzięcia. Podkreślono, że eksperci oceniają nie przebieg danej imprezy, tylko jej projekt! Wymyślić można wszystko. W projekcie mogą być wodotryski i cuda-wianki na kiju. Czy te wspaniałości jednak zawsze wyjdą? Obserwacje pozwalają stwierdzić, że niekoniecznie... W większości konkursów sporo punktów można zdobyć za tak zwaną innowacyjność pomysłu. To, co sprawdza się w gospodarce, niekoniecznie musi mieć swoje przełożenie na kulturę. Kultura nierozerwalnie związana jest z tradycją. Jeżeli jakaś impreza przez wiele lat odbywała się i była oceniana niezwykle pozytywnie, to znaczy, że już na początku była dobrze przemyślana i nie wymaga rewolucyjnych zmian. W tym przypadku innowacyjność mogłaby zepsuć dobrze funkcjonujący mechanizm.

Czy mamy alternatywę dla mecenatu państwowego? Myślę, że obecnie nie. Nasi przedsiębiorcy rzadko widzą swoją korzyść w promowaniu wydarzeń kulturalnych. Umieszczenie logo firmy na plakacie nie przekłada się w sposób bezpośredni na pomnażanie zysków firmy. Budowanie dobrego wizerunku firmy w oparciu o prowadzenie mecenatu kulturalnego chyba się jednak u nas jeszcze nie przyjęło. Wyjątkiem od tej reguły mogą być imprezy masowe, na których króluje muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Nic dziwnego – w takich festynach uczestniczy ogromna rzesza potencjalnych klientów danej firmy. Niezwykle trudno przekonać prywatnego przedsiębiorcę do finansowania kultury niszowej. Na tym się nie zarobi.

Czy w tej sytuacji pozostaje jedynie biadolenie i załamywanie rąk? Nic podobnego! Mój dobry znajomy żegna się ze mną zawsze słowami: do zobaczenia w lepszych czasach. Trzeba wierzyć, że one nadejdą. A dziś, jak radził Wojciech Młynarski, róbmy swoje! Może to coś da, kto wie... Każdy z was, drodzy czytelnicy, może pomóc Światłowni w jej działaniach na rzecz kultury. Wystarczy wykupić cegiełkę podczas odbierania zaproszenia do bydgoskiej opery. Nie jest to obowiązkowe, ale świadczy o tym, że nasze działania nie trafiają w próżnię...

O trudnej sytuacji festiwalu w czerwcu pisaliśmy tutaj

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor