Niedziela - Tygodnik Bydgoski 10 sie 14:10 | Redaktor
Tęczowa ideologia urąga rozumowi [MAKSYMILIAN POWĘSKI]

Marsz zwolenników środowisk LGBT przeszedł ulicami Bydgoszczy 11 maja/fot. Anna Kopeć

Od kilku lat w naszych miastach ( w tym w Bydgoszczy), zaczyna się z uporem godnym lepszej sprawy wprowadzać to, co od dziesięcioleci obserwujemy w miastach Zachodu. Mam tu na myśli manifestacje uliczne, które u nas noszą zwodniczą nazwę „marszy równości”, a tam gdzie zepsucie to osiągnęło już rozmiary monstrualne, zwą się one „gay pride”, co przekłada się jako gejowska duma, a powinno być wprost nazwane homoseksualną pychą (trafne to określenie pochodzi od biskupa Atanazego Schneidera).

Zjawisko to niestety nieustannie narasta, a jego ewidentnym celem jest zdobycie swego rodzaju „rządu dusz”. Chodzi o uzyskanie pewnego monopolu w przestrzeni publicznej, celem wprowadzenia zupełnie nowej koncepcji moralności, opartej na koncepcji człowieka zasadniczo różnej od tej, którą znamy z naszej chrześcijańskiej i europejskiej tradycji. Podobnie było w przypadku marksizmu-leninizmu, który wywracał do góry nogami naturalną naukę o człowieku, tę naukę, z której Europa i chrześcijaństwo mogą być dumne, bo jest ona wspólnym dziedzictwem zarówno klasycznej (pogańskiej) myśli greckiej, jak i nauki chrześcijańskiej. Przedziwnym świadectwem potęgi ludzkiego rozumu było to, że właśnie ta myśl filozoficzna doszła do tych samych wniosków, które chrześcijaństwo przyniosło jako prawdę objawioną przez Boga, i to tego Boga, który „tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał”. Religia chrześcijańska jest bowiem największym, niespotykanym wywyższeniem człowieczeństwa, bo sam Bóg stał się człowiekiem, by człowieka ratować i wynieść do chwały. 

Życie to nie kwestia poglądów 

Spór o homoseksualizm tak naprawdę jest sporem właśnie o koncepcję człowieka, podobnie jak sporem o tę koncepcję są inne publiczne spory ostatniego stulecia, zwane niestety przez niektórych lekceważąco „światopoglądowymi”. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa z nich: o dopuszczalność aborcji i dopuszczalność antykoncepcji. To nie są – powtórzę jednak – dyskusje światopoglądowe, co by sugerowało, że każdy sobie może tu wybrać pogląd, jaki chce. To są konfrontacje o zasadniczą sprawę – o istotę człowieczeństwa i o ludzką godność. 

Dlatego rację miał arcybiskup Jędraszewski – nad Europą krąży widmo tęczowej zarazy. Histeria oburzenia, która rozpętała się po tych słowach, tylko potwierdza ich słuszność. 

Spróbujmy jednak prześledzić intelektualną drogę, którą „przebyła” koncepcja człowieka, by zrozumieć, choćby w ogólnym zarysie, o co chodzi w tym sporze, który – jak wspomniałem – jest sporem o istotę człowieczeństwa. 

Czytaj też: Czego arcybiskup Jędraszewski NIE powiedział [FELIETON]

Klasyczna filozofia za centralne zagadnienie uważa pytanie o tożsamość. Pierwszym pytaniem, które stawia każde dziecko, jest to samo pytanie, które stawiali sobie klasyczni europejscy filozofowie. Pytanie to brzmi: „co to jest?”. To pytanie o tożsamość. W stosunku do człowieka można więc przytoczyć liczne odpowiedzi, które jednak prawie zawsze podkreślają jego rozumność. „Homo est animal rationale” – człowiek jest istotą rozumną (dosłownie zwierzęciem rozumnym) – odpowiadał Seneka, ale przecież nie on pierwszy. Powtarzał to za Arystotelesem, to on podał to określenie po grecku: λογικὸν ζῷον (logikon zoon – rozumne zwierzę). Definicję tę w VI wieku wysubtelni wielki Boecjusz (480–524) – filozof i teolog chrześcijański, uważany za ostatniego reprezentanta filozofii starożytnej i w ogóle starożytnej kultury, z tego powodu znany jako Ostatni Rzymianin. Otóż Boecjusz określił człowieka jako osobę. A osobę definiuje słowami „persona est rationalis naturae individua substantia” – osoba jest indywidualną substancją natury rozumnej. Człowiek jest więc osobą, ale nie on jedyny – i w tym tkwi geniusz definicji Boecjusza. Osobą, czyli – powtórzmy – rozumnym indywiduum, jest też Bóg i to jeden w trzech indywidualnych Osobach! Tak filozofia określa to, o czym Biblia mówi prostymi słowami, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, czyli właśnie jako osobę. Osobę rozumną. 

Człowiek ma panować, a nie się poddawać 

Rozumność jest tą cechą, tym rysem charakterystycznym, który odróżnia człowieka od zwierzęcia i ma sprawiać, że człowiek działa inaczej niż zwierzę, kieruje się bowiem poznaniem rozumowym, umie wyciągać wnioski z poznania praw rządzących rzeczywistością i według tych praw postępować. W szczególności człowiek rozumny odkrywa, że istnieje naturalne prawo moralne i że z tego, kim jest, kim został stworzony, wynikają powinności i zakazy. Człowiek więc rozpoznaje swoim rozumem, że przykazania, które daje mu Bóg, nie są jakimiś zachciankami Boga, który mógłby, gdyby chciał formułować je inaczej (tak mówi islam!), ale są racjonalnymi prawami stworzonej przez Logos mądrej i logicznej rzeczywistości. „Wszystkie Twoje przykazania są prawdą” zauważa autor Psalmu 118 (119 wg numeracji hebrajskiej). Prawda jest czymś, co może być odkryte, rozumiane, a nie dowolnie stanowione. 

I ta logika staje też u podstaw norm regulujących życie seksualne człowieka. Dlatego zasadniczą postawą człowieka rozumnego wobec seksualności ma być czystość, która jest rodzajem umiarkowania. Człowiek rozumny nie ma bowiem być niewolnikiem swoich popędów, ale przeciwnie, powołany jest do tego, by nad tymi popędami panować, w odróżnieniu od zwierząt, które rozumu nie posiadają i dla których popędy z konieczności są zasadą działania. Dlatego – już w tym miejscu możemy wyciągnąć ten wniosek – słusznie mówi się o zezwierzęceniu tam, gdzie człowiek usiłuje uchylić normy moralne i dopuszcza, by kierowały nim popędy. 

Powie więc św. Tomasz z Akwinu, że czystość jest doskonałością sfery pożądawczej, która czyni człowieka panem wszystkich swoich poruszeń. Wada nieczystości polega zaś na używaniu w sposób zamierzony i świadomy, rzeczy, które natura przeznaczyła do zachowania rodzaju ludzkiego, ze względu na przyjemność, która jest z tym połączona, ale w sprzeczności z porządkiem naturalnym lub godnym używaniem tych rzeczy. 

Lont pod prawem podpalony 

Podarujmy sobie opisy, dość szczegółowe nawet, różnych rodzajów rozpusty, które znajdziemy u tego największego teologa chrześcijaństwa. Zwróćmy jednak uwagę na pytanie zadane przez św. Tomasza w artykule 12 zagadnienia 154 drugiej części „Sumy Teologicznej". Pytanie jest sformułowane następująco: Czy występek przeciw naturze jest największym grzechem spośród postaci rozpusty? Zacytujmy odpowiedź (respondeo) w całości. 

„Czymś najgorszym jest zawsze zepsucie podstaw, na których wszystko się opiera. Dla rozumu podstawą jest zgodność z naturą. Rozum bowiem, opierając się na tym, co natura określiła jako niewzruszone, zarządza stosownie do tego, co z tym jest zgodne. Zachodzi to zarówno w czystym myśleniu jak i w działaniach. Dlatego, jak w dziedzinie czystego myślenia najcięższym i najbrzydszym jest błąd w tym, co człowiek zna z przyrodzenia, tak w dziedzinie działań najgorszymi i najwstrętniejszymi są czyny sprzeczne z tym, co natura określiła jako niewzruszone. A ponieważ występkami przeciw naturze człowiek przekracza to, co jest przez naturę określone w materii użycia uzdolnień płciowych, dlatego grzech ten jest najcięższy w materii płci. Na drugim miejscu jest kazirodztwo, które (…) jest sprzeczne z naturalną czcią należną osobom bliskim krwią.

Inne zaś postacie rozpusty są wykroczeniami przeciw temu, co w oparciu o zasady naturalne określił zdrowy rozum. Otóż bardziej sprzeciwia się rozumowi używanie płci nie tylko sprzecznie z tym, co należy się dobru mającego zrodzić się potomstwa, ale również z krzywdą innych osób. Dlatego zwykłe porubstwo, popełniane bez krzywdy dla osoby innej, jest najmniejszym grzechem między postaciami rozpusty. Jeśli chodzi o krzywdę, jest ona większa w cudzołóstwie, w którym ktoś nadużywa niewiasty będącej pod władzą męża dla celów rodzenia, niż uwiedzenie dziewczyny podlegającej władzy tylko ze względów opieki. Oba te grzechy jednakże stają się cięższe, jeśli dojdzie element przemocy”. 

Ten wniosek w moim przekonaniu jest kluczem do zrozumienia tęczowej rewolucji, czy – jak był łaskaw to określić arcybiskup krakowski – tęczowej zarazy. Tu nie chodzi o żadną równość dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Tu chodzi o zakwestionowanie, podważenie i wysadzenie w powietrze prawa Bożego. „Gay pride”, czyli homoseksualna pycha, metodą wypróbowaną przez krzewicieli zła, z uporem, ale bez jakiegokolwiek uzasadnienia, powtarza kłamstwo, przedstawiając zło jako dobro, najcięższy grzech w dziedzinie seksualnej jako prawo człowieka. Czyni to powtarzając swe kłamstwo tysiąc razy, by – zgodnie ze słowami jednego z mistrzów kłamstwa XX wieku – „stało się prawdą”. Czyni to w tym celu, że jeśli uda się przedstawić najcięższą winę w dziedzinie seksualnej jako dobro, to logicznym jest, że tym samym zostaną już zniesione wszystkie ograniczenia, jakie moralność i etyka stawia w dziedzinie płci. Wszystko będzie dozwolone! Na tym ma polegać ów świecki raj na poziomie rozporka. Zresztą nie jest to nowy wynalazek. Przed rewolucją październikową Lenin pisał do Trockiego: „Wszystkie zakazy odnoszące się do seksualności powinny być zniesione. Możemy uczyć się od sufrażystek. Nawet zakaz miłości tej samej płci musi być usunięty”. Jeśli pod koniec lat 20. bolszewicy wycofali się z przyzwolenia na swobodę seksualną, to tylko dlatego, że doprowadziło to do plagi prostytucji i gwałtów, co nie sprzyjało konsolidacji władzy. 

To zawsze będzie złe!

 Ale nigdy nie można się na to zgodzić. Nie można ustąpić w tej sprawie nawet na milimetr. Święty Jan Paweł II przypomniał o tym w encyklice „Veritatis Splendor”, najmocniejszej chyba, najodważniejszej encyklice swego pontyfikatu. Kluczowa teza tej encykliki brzmi: „Dzięki świadectwu rozumu wiemy (...), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są »wewnętrznie złe« (intrinsece malum): są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że »istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot «”. 

Oczywiście, człowiek o skłonnościach homoseksualnych nie jest za nie odpowiedzialny (chyba że sam doprowadził do ich powstania). Jest jednak odpowiedzialny za swoje czyny i na tym opiera się cała nauka Kościoła dotycząca duszpasterstwa dla takich osób, które należy prowadzić do zachowania czystości. Dobro tych osób nie ma z ruchem LGBT nic wspólnego. Celem bowiem tej ideologii jest zaprzeczanie tej koncepcji człowieka, która wyżej została zarysowana, a która wynika z całej europejskiej tradycji. Jeśli więc chcemy obronić tę wspaniałą koncepcję człowieka, musimy przeciwstawić się tęczowej zarazie.

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor