ROZMOWY 15 wrz 20:29 | Redaktor
Emocje przeżywam razem z kibicami [ROZMOWA]

Bieg żużlowy to tzw. „pocisk”: minuta i meta. Przekaz musi być szybki, emocjonujący i przy tym zrozumiały – mówi o pracy dziennikarza sportowego redaktor Polskiego Radia PiK Bartosz Kustra.

Katarzyna Bogucka: Jakie były Twoje początki w redakcji sportowej? To był Twój wybór, czy może ktoś Cię wybrał?

Bartosz Kustra: Przez lata jako młodzieniec uczęszczałem na zajęcia radiowe do „Bałaganu”. Odbywały się one w Polskim Radiu PiK, audycje prowadzone były co dwa tygodnie. Tak bardzo mi się spodobał „teatr wyobraźni”, że zapragnąłem czegoś więcej. Lubiłem dużo mówić i byłem ciekaw sportowego świata. Zresztą na uroczystościach rodzinnych, już jako dorastającemu Bartkowi, życzono, bym w przyszłości komentował mecze żużlowe ukochanej Polonii Bydgoszcz. Któregoś dnia, podczas zimowych ferii, kolega z osiedla powiedział mi o rzekomym castingu w PiK-u na redaktora sportowego. Następnego dnia postanowiłem zadzwonić do redakcji sportowej i zgłosić swoją kandydaturę. Odebrał kierownik Eryk Hełminiak i powiedział, że nic nie wie o castingu! Okazało się to żartem kumpla z osiedla, ale Eryk potraktował mnie poważnie, jako osobę odważną, mimo młodego wieku. Niczego nie obiecywał, ale zaproponował przejście na „ty” i umówiliśmy się na spotkanie w radiu. Gdyby nie dał mi wtedy szansy, nie byłoby tego wszystkiego. Co ciekawe, w dniu, w którym zadzwoniłem, Erykowi urodził się syn (Michał ma dziś 18 lat). Ta okoliczność spowodowała, że uwierzyłem, że byliśmy na siebie skazani, że tak po prostu miało być i... jestem w redakcji już ponad 18 lat!

Jak się przygotowujesz do relacji sportowych? Jak to wygląda także od strony technicznej?

Codzienne czytanie sportowych gazet i przeglądanie stron internetowych o tematyce sportowej powoduje, że ogólnikowo jest się ze wszystkim na bieżąco. Jednak, gdy musimy skupić się na konkretnej drużynie, to warto porozmawiać z kimś z klubu przed meczem. Odwiedzić zespół, np. na treningu. Dowiedzieć się kilku ciekawostek. Najważniejsze, by słuchacz regionalnej rozgłośni wyczuł, że dziennikarz utożsamia się z klubem.

Od strony technicznej radzimy sobie sami. Kierownik redakcji kilka dni przed transmisją kontaktuje się z klubem, organizatorem danego meczu w sprawie ewentualnego łącza, byśmy mieli gotowe połączenie i mogli nadawać. W Polskim Radiu PiK aspekt techniczny jest bardzo ważny. Zaopatrzeni jesteśmy w nowoczesny sprzęt, który nie wymaga większej filozofii w obsłudze. Komentator radzi sobie zatem zazwyczaj sam. Jeden przycisk powoduje nawiązanie kontaktu z radiową rozdzielnią, skąd „przerzucani” jesteśmy na antenę. Wejścia „na żywo” odbywają się przy współpracy z realizatorem programu i osobą prowadzącą audycję.

Jakie były Twoje największe wpadki? Kiedy przeżyłeś największą satysfakcję w pracy?

W zawodzie komentatora sportowego wpadki są nieodłącznym elementem pracy. Przekaz radiowy musi być szybki. Czasem warto coś powiedzieć nawet z przejęzyczeniem, ale lepiej, aby poszło to jako news, najszybciej u nas, niż jako spóźniona informacja, którą nazywamy potem „odgrzewanym kotletem”.

Pewnego razu komentowałem mecz toruńskich koszykarek, które wysoko prowadziły w meczu. Uśpiony nieco poziomem widowiska, jednostronnym obrazem spotkania, zamiast w „Grodzie Kopernika”, powiedziałem... „w grobie Kopernika”. Kiedy przeprowadzałem wywiady z żużlowcami na żywo, z parku maszyn podczas Kryterium Asów, przy debiucie wówczas młodego rosyjskiego zawodnika Emila Sajfutdinowa, wpadłem na pomysł, mimo braku znajomości rosyjskiego, że przygotuję kilka pytań do niego, bo i tak my Słowianie będziemy wiedzieli, co ma na myśli, odpowiadając. Wyszło tak, że ja zadawałem pytania po rosyjsku, a Emil odpowiadał po polsku.

A największą satysfakcję w swoim zawodzie mam wtedy, kiedy cyklicznie nagrywam młodego sportowca w wieku wczesnoszkolnym, a po kilku latach zostaje on prawdziwym mistrzem. Wtedy otaczają go nierzadko tzw. „kibice sukcesu”, a ja mam wewnętrzną radość, że byłem przy nim wtedy, gdy naprawdę potrzebował mentalnego wsparcia i zauważenia, że ma talent.

Masz swoją ulubioną dyscyplinę sportową? Uprawiasz jakiś sport?

Jako dziecko mieszkałem blisko stadionu żużlowego Polonii Bydgoszcz. Zawsze powtarzam, że w moich żyłach płynie... metanol. Mam sentyment do „czarnego sportu” i komentowanie meczów żużlowych sprawia mi wiele radości. Bieg żużlowy to tzw. „pocisk”: minuta i meta. Przekaz musi być szybki, emocjonujący i przy tym zrozumiały. Bardzo lubię też piłkę nożną i koszykówkę, którą zacząłem relacjonować w radiu, znając tylko jej teorię. W praktyce, nie wszystko było dla mnie zrozumiałe, ale dziś naprawdę czuję się mocny w tej dyscyplinie. Z każdym meczem stawałem się pewny swoich wypowiedzi, z dziennikarskiego dziecka – bardziej dojrzałym sprawozdawcą. Można powiedzieć, że to radio nauczyło mnie koszykówki. Mówimy o sportach zespołowych, kontaktowych. Cenię wioślarstwo, ale tę dyscyplinę, podobnie jak konkurencje lekkoatletyczne, chyba lepiej ogląda się w telewizji. Duża przestrzeń powoduje, że nie wszystko można w „lajfie” zauważyć, a bycie tylko na samej mecie nie sprawia mi tyle radości, co przeżywanie emocji w trakcie rywalizacji. Co do uprawianych dyscyplin, przez kilkanaście lat byłem bramkarzem w piłce nożnej halowej. Wzrost pozwala mi bronić dostępu do bramek z boisk do piłki ręcznej, stąd rola „golkipera” halowego. Dużo chodzę, ale to za mało, by pozbyć się nadwagi. Niestety, jestem bardziej karykaturą sportowca, niż „chodzącą reklamą sportu”.

Na antenie nie może się zdarzyć.… a jak się zdarzy, to...

Wiadomo, że przekleństwa są dla ludzi, ale odreagować można sobie po relacjach, czy w luźnej rozmowie z kolegami. Niedopuszczalne są brzydkie słowa na antenie. Jako dziennikarze jesteśmy w pewnym sensie ambasadorami mowy, czystej polszczyzny. Zwracam też uwagę na to, jak w danym języku obcym wymawiamy nazwiska bądź nazwy klubów i miast. Bo tak, jak my mówimy, powtarzać będzie wielu kibiców. Pamiętam, jak o kolumbijskim piłkarzu Jamesie Rodriguezie mówiono „Dżejms”. Dopiero brazylijski mundial spowodował, że zaczęto poprawnie wymawiać imię „Hames”. Jeśli w eter pójdzie coś „nie tak”, błędy, nieodpowiednie słownictwo, zostanie przypięta nam łatka. A w dzisiejszych czasach, przy fali hejtu, Internet nam tego nie wybaczy. I na pewno nie zapomni...

Rozmawiała Katarzyna Bogucka, Polskie Radio PiK

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor